874 dzień wyprawy
Spokój cisza i upał. Tak było rano. Poszam dziś na sposób niczego nie pieczemy i gotujemy w aucie, zasłonięte wszystkie okna, nie wpuszczamy słońca. Nawet poranną kawę zrobiłam sobie na zewnątrz specjalnie wyciągnęłam kuchenkę jednopalnikową, aby tylko nie nagrzać w środku. No troszkę to pomogło bo temperatura nie osiągnęła w środku 35 stopni Celsjusza, tylko 29. Ale duże znacenie miało też to, że jednak było dziś trochę chłodniej. Nie 35 tylko 32 na zewnątrz.
Krzysiek wziął się dziś znowu za panele słoneczne. Nawet nie chce mi sie o tym pisać, bo wydaje się, że to robi od trzech tygodni. Ale chyba wreszcie dziś koniec. Niestety te panele daja bardzo mało prądu. Są małe i tyle. Jest propozycja by kupić większe, więcej, ale to pieśń przyszłości. Na razie szkoda gadać.



Potem niby spokojnie moczę nogi w wodzie by się ochłodzić. Nagle jak mnie coś nie ukłuje w kark. Zerwałam się z wrzaskiem, ale widziałam już wczesniej w tym miejscu osy, były przy rzece, toteż podbiegłam do Krzyśka a on mi przytomnie wyciągnął natychmiast żądło. Potem przykładałam cały czas mokre zimne okłady. Wodą z rzeki. O rany, co to się działo. Na szczęście po godzinie przykładania zimych okładów jakoś przeszło i na szczęście nie spuchło.




Potem spokojny grill, żeberka, pyszne grilowane szparagi. Wieczorem moczymy się w wodzie, w sensie Krzysiek przynosi z rzeki wodę zimną jak, i moczymy się w niej, ramiona, kark, klatka piersiowa. Dzień mija. Jutro ruszamy dalej.



20.07.2025



