Dzień sto siedemdziesiąty 12.03.2019
Stanie na campingu ma swoje zalety i przy otwarciu oczu rano człowiek nie myśli, gdzie się schować, by dokonać porannej toalety. Sanitariaty co prawda mocno nadgryzione zębem czasu i nie zachęcają do wejścia, jednak SĄ. Co jest dużym plusem. Spacer wśród budzących się campingowiczów rozbudza nas do reszty i na szybko jemy kilka owoców, zostawiając na campingu rozbity namiot, ruszamy na miasto.
Chcemy załatwić parę spraw technicznych, szukamy zbiornika na wodę, wężyków i zaworków, by skonstruować jakiś system nawadniający (zlew, jakiś komfortowy pobór wody…).
Doładowujemy Internet, bo campingowy zmusza nas do stania przy drzwiach stróżówki. Robimy małe zakupy warzywne, kupujemy drewno i co najbardziej istotne, koziołka (chivito). Malarque – miasto gdzie jesteśmy to stolica koziołków.
Wężyki i zaworki częściowo załatwiliśmy, reszta musi poczekać do jutra (jak to w Argentynie)
Możesz zobaczyć jak to nasze życie na campingu wyglądało..
Na campingu zabieram się za sprawdzanie olejów w mostach , reduktorze, smarowanie wałów, przeglądaniu skrzynek z częściami i narzędziami. Żonę zaganiam do prania i jemy obiadośniadane – jajecznica z 7 jajek. Niespodziewanie dzień upływa w pełnym słońcu, po wczorajszym wietrze i lekkich opadach. Nadchodzi czas na rozpalenie ognia i wyciągnięcie koźlego udźca z lodówki . Z pełną pieczołowitością i zachowaniem zasad argentyńskich rozpalamy ogień i pieczemy go na małym żarze, troszkę smarując masłem co jakiś czas.



