Chile – Dzień 121

IMG_2194

Dzień sto dwudziesty pierwszy 22.01.2019

Rano budzimy się już o 6.00. Za wcześnie.. Prom odpływa dopiero o 10.00 Czekamy. Jemy małe śniadanie. Czekamy. Powoli zaczynają zjeżdżać się samochody. Prom jest bezpłatny i może na nim się zmieścić około 8-10 pojazdów. Nie wiadomo czy to dużo, czy niewiele. Raczej tyle, ile potrzeba, bo trzy razy dziennie prom wystarcza mieszkańcom i turystom.

IMG_2196

Prom wypływa punktualnie o 10.00 płyniemy wśród wysokich gór i stromo opadających brzegów, około 35 minut po czym wyjeżdżamy na ostatni odcinek, prosto do Villa O’Higgins. 97 kilometrów do miasta. Miasta… brzmi to zbyt dumnie. Po prostu małe, chilijskie Pueblo, mała wioska. Dookoła same domki dla wynajęcia dla turystów. W międzyczasie wielkie nic, albo wielkie coś. Natura, natura, natura. Lasy, podmokłe tereny po obu stronach drogi, góry, strome urwiska, kamienie osypujące się ze skał. Wodospady. Setki małych i większych wodospadów i kaskad górskich. Tysiące zakrętów, droga wcięta w skale. Jeziora. Jeziorka, laguny. Jest pięknie, choć droga cały czas szutrowa, ziemna, wąska. Miejscami nawet bardzo wąska. Staramy się jechać niezbyt szybko, tak żeby było bezpiecznie. W końcu jeszcze dużo drogi przed nami, nie tylko do końca drogi nr 7 w Chile.

IMG_2181

My korzystamy dziś z małego domku. Czas się umyć, wyprać, wyciągnąć na dużym łóżku. Przy okazji gotujemy coś na kształt lecho, smażymy naleśniczki z dżemem truskawkowym, jeszcze z Polski. Miejsca wydaje się że nie jest dużo w tym małym domku, ale nam wystarcza. Czysta łązienka, szerokie duże łóżko, telewizorek (wszystko po hiszpańsku.. niestety nie ma wiadomości  z Polski, co tam PIS znowu odwalił..) i żeby była pełnia szczęścia kominek, taka koza na drewno. Szczapki mamy przygotowane, dostępne do bólu, także nie ma problemu. Krzysiek tylko pilnuje żeby ogień był, żeby się tliło, żeby grzało, żeby było ciepło. Tak hajcuje, że prawie jak w saunie… Prawie… ale to miłe.

IMG_2208

Wieczorem jedziemy do ostatniego punktu Bahia Bahamontez. No co za miejsce… po pierwsze to trafiamy na przepiękne słońce, chociaż prawie pół dnia padało, lub ewentualnie kropiło. PO drugie jezioro i dojazd do tego ostatniego punktu ścina nas z nóg, góry, widoczne daleko lodowce (bo słońce ładnie oświetla) i lesisty teren od strony wschodu.

IMG_2210

Korzystając z okazji kąpiemy się sto razy, myję głowę, mój geniusz naprawia, a raczej przerabia suszarkę, bo kupiliśmy ją w Argentynie, a tam inny zupełnie system elektrycznych wtyczek..

Napisz do nas
Facebook
YouTube