aaaaa009

Ekwador – Dzień 405

Dzień czterysta piąty   02.11.2019r

Zrywamy się skoro świt o 6 rano. Po wczorajszym spokojnym dniu dziś czeka nas sporo wyzwań. Będziemy towarzyszyć Padre Łukaszowi w objeździe okolicznych wiosek i cmentarzy z okazji dnia zmarłych. W Ekwadorze właśnie drugi listopada jest dniem odwiedzin grobów bliskich. Wygląda to bardzo odmiennie, niż to do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce.

1 listopadDobrą godzinę jedziemy mnóstwem zakrętów, zjazdów i podjazdów autem 4×4. A bo zapomniałem chyba dodać, że od noc leje niesamowicie. Ale to tak, że strugi wody spływają z każdego wzgórza na drogi niosąc mnóstwo kamieni i piasku. Jest tu normalną sprawą, że droga albo się obsuwa, albo zostaje zasypana przez oberwane zbocze góry. Mamy nadzieję, że przejedziemy bez problemu do najdalszego miejsca.

aaaaa007

Wieś Loyola w której jest pierwsza msza i pogrążona jest w mgłach, a woda płynie potokami. Miejsce mocno związane jest z pobliską kopalnią złota należącą do jakiejś firmy z Australii. Całe szczęście msza będzie odbywać się w kościele z powodu słabych warunków atmosferycznych. Na kilkanaście minut przed czasem zostajemy zaproszeni do domu (chałupy) obok kościoła, żeby obejrzeć hodowlę świnek morskich. Przedzieramy się najpierw przez błotniste podwórze, potem przez kawałek lasu deszczowego za domem i wreszcie brodząc prawie po kostki w wodzie docieramy do baraczku w którym biega luzem na słomie jakieś 100 świnek morskich. Wszystkie ruchliwe i sympatyczne. Przeznaczone do zjedzenia…

aaaaa008

Po mszy zostajemy jeszcze chwilę aby porozmawiać z mieszkańcami wraz z Padre Łukaszem. Jednak plan jest mocno napięty i wyjeżdżamy w kierunku kolejnej wioski Porvenir w której przewidziana jest uroczystość na godzinę 9.30. Deszcz nie ma zamiaru przestać niestety i pada jeszcze jakby mocniej…

W Porvenir na mszy ponownie w kościele zamiast cmentarza, jest mnóstwo ludzi. Założyłbym się, że ich liczba dobija do 200 osób. Oglądamy sobie trochę wioskę z perspektywy zadaszonego tarasu kościelnego. Po uroczystości zwyczajem jest poczęstunek słodką bułką i specjalnym napojem Colada morada. Mieszanka owoców i mąki z czarnej kukurydzy. Wszystko zmiksowane, tworzy gęstą zawiesinę. Ludzie piją i jedzą z ochotą, a my żegnając się wyjeżdżamy do kolejnego miejsca.

aaaaa010

Miejscami droga jest mocno wypłukana przez przepływające w poprzek strumienie i auta wpada w spore dziury kołysząc się mocno. Jednak o dziwo przestaje padać i spotkani przed wioską mieszkańcy decydują, że uroczystość odbędzie się na cmentarzu. Jednak to słowo w tych warunkach ma całkiem inny wydźwięk, niż w Polsce. Stoimy na polnej drodze pośród zielonych i mokrych wzgórz, a przed nami spora rozpadlina w ziemi, którą sączy się delikatnie strumyk. Nasz cel jest dokładnie na dole, około 200m dalej. Starając się nie zjechać na tyłku wprost na dół krok po kroku brniemy coraz bliżej miejsca ceremonii. Kilkadziesiąt grobów właściwie całkowicie wchłoniętych przez bujną roślinność, ledwo wystaje z zieleni. jeden z mieszkańców na szybko odpala piłę motorową i tnie zwalone konary drzewa, które zagradza nam przejście. Niektórzy zapalają świeczki na mocno zmurszałych kamieniach koło krzyży. Mistyczne miejsce i dające sporo do myślenia o różnicy obyczajów na świecie…

aaaaa016

Wracamy wykończeni do Valladolid po południu na wcześniej przygotowany rosół i mielone. Smakują wyśmienicie po dniu pełnym wrażeń. Jednak to jeszcze nie koniec na dziś. Około 16 rozpoczyna się msza na cmentarzu w miasteczku. Mnóstwo ludzi uczestniczy całymi rodzinami. Nawet wyszło słońce w tym tak pięknym, a jakże odległym od nas zakątku naszego globu…

———————————