Dziś jest kolejny dzień naszego pobytu w Wandzie. Pomimo poprawy pogody nie pojechaliśmy dalej. Zostaliśmy ponownie zaproszeni do Libertad, tym razem na obiad. Po wczorajszej kolacji, która przeciągnęła się do późna przy miłej rozmowie liczyliśmy na więcej. Około południa ojciec Florenciusz zabiera nas i Teresę która skończyła lekcje języka polskiego w szkole do Libertad.
Argentyna – sto osiemdziesiąty pierwszy dzień wyprawy
Dzisiaj dzień kolonizatora/osadnika polskiego w Wandzie. Na szczęście o 14.00 przestało padać i wyszło słońce. Dla nas to trochę za późno, aby ruszać dalej, zwłaszcza że mamy dziś zaproszenie na kolację do Franciszkanów w Libertad. W ciągu dnia trochę szykujemy motocykle do drogi, zwłaszcza że prognozy mówią, ze jutro będzie bezdeszczowo, a po południu idziemy na mszę do tutejszego kościoła, który się nazywa Częstochowa.
Argentyna – sto osiemdziesiąty dzień wyprawy
Dziś był długi dzień, a prawie w całości upłynął nam na rozmowach z Polakami. Najpierw w sklepie spotkaliśmy, a raczej zaczepiła nas, słysząc naszą rozmowę Marta Sawa (Sawicka). Później Damaso (Damazy) Iber, z pochodzenia Polak, zaprosił nas na przejażdżkę po Wandzie, a później poszliśmy razem na obiad do restauracji.
Argentyna – sto siedemdziesiąty dziewiąty dzień wyprawy
Cały dzień, od rana pada. Może nie jest to rzęsisty deszcz, ale na pewno uniemożliwia nam dalszą jazdę. Popaduje, są częste przerwy, jest bardzo duża wilgotność powietrza.
Dziś kolejne prace przy motorze. Znaleźliśmy maleńki warsztat motocyklowy w Wandzie, gdzie naprawiliśmy nieszczęsny hamulec nożny w jednym motocyklu i poprawiliśmy stopkę, bo trochę trzeba było ją podspawać.
Argentyna – sto siedemdziesiąty ósmy dzień wyprawy
Rankiem na szczęście nie padało. Pomyśleliśmy zatem, że dobrze by było zrealizować nasz plan i wyjechać dziś do Wandy. To około 40 km, nawet jeśli zacznie padać, to raczej nie przemokniemy, tylko zdążymy dojechać do miasteczka i gdzieś się schowamy przed deszczem.
Argentyna – sto siedemdziesiąty siódmy dzień wyprawy
Prognozy pogody na dziś zapowiadały deszcze. Całe szczęście rano pomimo sporej ilości chmur nie padało. Cristian, mąż właścicielki hoteliku gdzie jesteśmy przynosi nam małe śniadanie. Sami robimy sobie kawę, oraz zsiadłe mleko dla mojej piękniejszej połowy. Cały czas mamy ze sobą i zakwaszamy mleko „robaczkami” od Gali.
Argentyna – sto siedemdziesiąty szósty dzień wyprawy
Dziś wielki dzień . Jedziemy do głównego punktu naszej wyprawy. Jednego z kilku, ale na pewno do najważniejszego. Wodospady Iguazu. Ósmy cud świata.
Wstaliśmy rano, dostaliśmy śniadanie u Mabel i poszliśmy w stronę przystanku autobusowego. Przy nim mieścił się też postój taksówek i podszedł do nas jeden z nich.
Argentyna – sto siedemdziesiąty piąty dzień wyprawy
Dziś od rana świeci piękne słońce, ale gdy wychylamy się z naszego domku jest jeszcze chłodno. Pakujemy się w miarę sprawnie do sakw. Część rzeczy trzeba było suszyć, bo po przedwczorajszej jeździe w deszczu są jeszcze mokre. Korzystając z tego że mamy do dyspozycji całą kuchnie robimy spore śniadanie i wyciskamy soki z pomarańczy, które dała nam wczoraj właścicielka.
Argentyna – sto siedemdziesiąty czwarty dzień wyprawy
Po wczorajszej ulewie pozostały nam mokre ciuchy. Całą noc warczał grzejniczek, który dostaliśmy od pani recepcjonistki, a i tak część ciuchów nie doschła, nie mówiąc o butach, które zawilgotniały okrutnie i nie chciały być suche. Widać lubią być wilgotne. Rano pościągaliśmy wszystkie ciuchy ze sznurków (używamy gumek takich do mocowania na motor) i ruszyliśmy około 10.00.
Argentyna – sto siedemdziesiąty trzeci dzień wyprawy
Ryzyko to jest coś co warto czasem podjąć. Wczoraj przeanalizowaliśmy wszelakie prognozy pogody. I rano, pomimo zachmurzonego nieba, zdecydowaliśmy się jechać dalej. Mieliśmy w planie dojechać do Apostoles.Pakowaliśmy się patrząc co chwila przez okno, czy aby na pewno nie pada, ale rozpadało się dopiero, kiedy wyjeżdżaliśmy z garażu przy hotelu, w którym spędziliśmy noc.