To jeden z tych dni, który się przyjemnie zaczął i ciągle nie wiadomo jak się skończy. Po raz pierwszy poczułam dziś niezwykłe uczucie. Że coś w tym jest, że wsiadasz na motocykl i mkniesz do przodu, czując zapach łąk i pól, drzew, czując wolność i niezależność.
Argentyna – dziewięćdziesiąty szósty dzień wyprawy
Ranek nie był taki chłodny jak wczoraj. Jajecznica na cebulce to nasze dosyć standardowe śniadanko, w towarzystwie wyłaniającego się słońca. Postanowiliśmy po śniadaniu, że jednak jedziemy dalej, w kierunku Mendozy. Przy wyjeździe z Malarque tankujemy wszystkie dodatkowe zbiorniki, bo otrzymaliśmy informacje, że może być problem z następnym tankowaniem.
Argentyna – dziewięćdziesiąty piąty dzień wyprawy
Dziś dzień roboczy. Po pierwsze naprawiamy motocykl. Znowu. O drugie pierzemy (oczywiście nastąpił ścisły podział zajęć), po trzecie myjemy się gruntownie. Dzień upływa nam na różnych ciekawych zajęciach zatem, po południu całkiem dobre lody w miejscowej cukierni a także zakupy.
Kupujemy dziś chivo.
Argentyna – dziewięćdziesiąty czwarty dzień wyprawy
Ledwo skończyliśmy wczoraj zmywać naczynia po naszym posiłku, a z nieba zaczeły kapać kropeli deszczu. Była to dopiero zapowiedź tego, co ma się rozpocząć. Po kilku chwilach zza wzrógrza błysnęło i deszcz przybrał na sile. Kolejne cztery godziny grzmiało i błyskało, a deszczu było tyle, że można mówić o istnej nawałnicy.
Argentyna – dziewięćdziesiąty trzeci dzień wyprawy
Dziś dzień długi, wyczerpujący i pełen wrażeń. A tak naprawdę wszystko zaczęło się od tych Kanadyjczyków, których spotkaliśmy na campingu. Jest to para zapalonych motocyklistów podróżników. Trzeba było widzieć ogniki w oczach Kanadyjczyka, kiedy mówił o tej wolności, jaką daje podróżowanie, zwłaszcza podróżowanie motocyklem.
Argentyna – dziewięćdziesiąty drugi dzień wyprawy
Argentyna jest ogromna. Kupując mapę, na jednej stronie mamy jedną połowę, mniej więcej od Mar del Plata w dół, aż do Ushuaia, a na drugiej stronie (na rewersie). Byliśmy już na samym dole, w Ushuaia, a teraz jedziemy do góry, na północ, dziś przekroczyliśmy granicę stron mapy.
Argentyna – dziewięćdziesiąty pierwszy dzień wyprawy
Po komfortowej nocy poranek zapowiadał się jeszcze lepiej. Chwila walki z zapaleniem motocykla i już możemy wyjeżdżać. Widać różnice, fajnie jest nie czyścić wszystkiego z piasku, nie składać namiotu, tylko ubrać się i wyjechać. Pan na bramie chce nas naciągnąć i wmówić że nie zapłaciliśmy za jedną noc.
Argentyna – dziewięćdziesiąty dzień wyprawy
Rano budzimy się z dziwnym uczuciem miękkości i ciepła. Powoli dochodzi do nas, że to nie w namiocie dziś śpimy, tylko mamy 70 metrów kwadratowych do dyspozycji. Wstajemy, robimy jajeczniczkę na cebulce. Kaweczkę. Zaraz potem niestety proza życia przypomina nam i idziemy naprawiać motocykle.
Argentyna – osiemdziesiąty dziewiąty dzień wyprawy
Dzień zaczął się w nocy. A raczej bardzo wczesnym rankiem. Obudziło nas bębnienie kropel deszczu o namiot. „No ładnie” – pomyśleliśmy sobie. W końcu dopadł nas deszcz. I co teraz? Jak to co, dalej zasnęliśmy i tak znowu godzinkę, półtorej. W końcu o 8.30
Argentyna – osiemdziesiąty ósmy dzień wyprawy
Dziś mogliśmy dłużej pospać. Nigdzie się nie śpieszymy, spokojnie wypoczywamy na campingu. Rano śniadanie, kawusia i inne tego typu przyjemne sprawy. Mamy połączenie z Internetem cały czas, więc korzystamy z tego namiętnie. Po 12.00 jedziemy pooglądać miasto. Wyraźnie widać wpływy niemieckie, szwajcarskie i austriackie.