376 dzień wyprawy
Dziś magiczny tytuł mi się zrobił, Co chwila bowiem jest sobota, czytaj – czas leci jak oszalały. Nie wiadomo czemu… Dopiero jak się robi codzienne wpisy na blogu i szuka tytułu, to wówczas człowiek widzi jak to jest z tym czasem.
376 dzień wyprawy
Dziś magiczny tytuł mi się zrobił, Co chwila bowiem jest sobota, czytaj – czas leci jak oszalały. Nie wiadomo czemu… Dopiero jak się robi codzienne wpisy na blogu i szuka tytułu, to wówczas człowiek widzi jak to jest z tym czasem.
375 dzień wyprawy
Dzień kobiet upływa pod znakiem mariscos, czyli różnych owoców morza, które mnie dziś niejako prześladują. Mariscos czyli ostiones (małże) różnego rodzaju, krewetki, ryby sprzedają tu na każdym prawie rogu. Każda uliczna knajpa czy nawet zwykły wózek sprzedaje tego typu „dania”.
374 dzień wyprawy
Od rana jesteśmy dziś w Mar y Sol. Andrzej pojechał na umówione spotkanie do ambasady w Los Angeles. Wystąpił o paszport, trochę to trwało, bo jak wyjechał z Polski w 1980 czy 1979 to od tego czasu nie wyrabiał polskiego paszportu i utracił obywatelstwo… Dziś pojechał sprawę odkręcać i załatwiać.
373 dzień wyprawy
Dzień jak co dzień, jak zwykle napiszę. Choć dziś trochę inaczej. Cay dzień a to budowa, a to rozmowy z gościem co robi blaty w kuchni, a to zakupy. Po południu robimy obiad, Iwona zaprosiła Georga, bo to jego urodziny, a biedak podobno nikogo tu nie ma w Meksyku.
372 dzień wyprawy
Jak zwykle, dzień jak co dzień, trochę pisania, trochę pracy na budowie, a po południu wspaniała pizza domowa. Czy można chcieć więcej by życie było udane… Oczywiście zawsze można wymyślić sobie bardziej rozbudowany plan działania i próbować wdrożyć go w życie.
371 dzień wyprawy
Ostatnie dni przynoszą nam mocno zmienną pogodę. Jest sporo deszczu, ale raczej padającego nocami. W dzień w miarę ładnie, chociaż okresowo wieje dosyć silny wiatr. Czasami jest tak mocny że fale na wybrzeżu mocno wdzierają się w ląd.
370 dzień wyprawy
Niedziela razem we czwórkę w domu z Andrzejem i Iwoną. Jemy spokojny obiad, dziś pyszna rybka Seabass w akompaniamencie batatów czyli tutejszych camote. Po prostu jak zwykle niebo w gębie z dodatkiem szparagów. Z tym słynnym dressingiem co Iwona robi, czyli otwiera butelkę i polewa gotowe, ugotowane 3 minuty szparagi.
369 dzień wyprawy
Soboty są całkiem miłe. My dziś pojechaliśmy do pieska na pilnowanie go. Iwona i Andrzej w San Diego. Andrzej chory. Okazuje się że lekarz ma podejrzenia co do zapalenia płuc, albo jakiś takich śladów na płucach… W każdym razie Andrzej dostał antybiotyk, a my mieliśmy chwilę oddechu z Alim.
368 dzień wyprawy
Dzień dziś bardzo słoneczny. Rano po kawie, rozmawiam z Mamą najpierw, potem z Izą. Z Walczakiem to mi zajmuje z godzinę bo gwiazdor się ostatnio obraził i Izuś ma więcej czasu, który pożytkuje na rozmowę ze mną. Wchodzimy niechętnie cokolwiek na tematy dosyć ogólne, medytacji, jaźni, ego.
367 dzień wyprawy
Dziś jakby bardziej smutno. Wznowiliśmy ogłoszenia przeróżne aby wznowić szanse sprzedaży Defendera. Krzysiek pojechał na budowę, kupiłyśmy z Iwonką donice, ciężkie jak diabli, na zewnątrz budynku. Ważą chyba z 80 kg. Ale wyglądają całkiem ładnie na zewnątrz. A z roślinami w środku na pewno będą ładnie się komponować.