Przez Atlantyk – Dzień 32

IMG_7148 do strony

Dzień trzydziesty drugi – 25.10.2018

Kolejny poranek siedzę na mostku i się zastanawiam co napisać. Justyna mi zawsze mówi, że to ma być coś ciekawego, coś takiego, czego nikt nie pisze, bo wszyscy piszą tylko jak było fajnie, ciekawie i przyjemnie. A nikt nie pisze o rzeczach niezbyt przyjemnych, brzydkich, uciążliwych albo doprowadzających do załamania.

Co mnie tu załamuje? Nora. Najgorsza jest nora. Mieszkam w norze, śpię w norze, filmy oglądam w norze i jeszcze do tego tak, jeszcze obowiązki małżeńskie też w norze (no bo gdzie???).  Nora to mała kabina, nazwana tak przez mnie, bo dostaję tam klaustrofobii.

Kabina ma niecałe 4 x 3 metry, 12 metrów kwadratowych z czego ze 2,5 metra zajmuje niewielka łazienka. Klaustrofobia dla mnie pełna. Nie rozumiem, jak można w kabinie spędzać pół dnia. A Krzysiek to robi i już. On jest po prostu przyzwyczajony do długiego spędzania czasu w małych pomieszczeniach.

Druga rzecz która jest na statku załamująca (podczas tego rejsu) to okrutne, okresowe zapachy nieprzyjemne oczywiście, zwykle rano lub późnym wieczorem. Niby nic, ale jednak jak otworzysz drzwi od toalety, to od razu masz odruch wymiotny.  Poważnie zaburza to moje procesy trawienne i niezbyt dobrze radzę sobie z tym. Ale jakoś  próbuję. Na szczęście nie jest to bardzo intensywny zapach i w sumie można z nim żyć, ale jak ktoś ma tak wyostrzony zmysł węchu jak ja (to po mamie), to nie jest to nic fajnego.

Trzecia rzecz, mało ciesząca to ten bezruch, takie nudne, dzień po dniu szukanie sobie na siłę zajęcia. Ludzie zwykle mówią że nie lubią swojej pracy (na przykład), że chcieli by sobie posiedzieć jak ludzie, nic nie robić, że jakby nic nie musieli robić, to byliby zadowoleni i tak dalej i tak dalej. Nic bardziej nie pomaga, niż nadawanie pewnego sensu rzeczom, które robisz. Nuda jest tu wszechogarniająca. Oczywiście jeśli chodzi o pasażerów. Załoga zawsze ma coś do roboty. No chyba że rozmawiamy o kapitanie, ale to zupełnie insza inszość…

Pasażer nie ma nic do roboty. I ludzie radzą sobie z tym na różne sposoby. Mam wrażenie, że ci, którzy siedzą z lornetkami przy burcie obserwując morze są najbardziej znudzeni. Jedni obserwują, drudzy obserwując palą papierosy. Każdy z lornetką (kurde, dlaczego my nie mamy lornetki??) Jeszcze inni siedzą w kabinie (bo mają apartament), chyba tam czytają, przynajmniej tak mówią. Są też tacy jak my, którzy próbują sobie znaleźć sensowne zajęcie, które polega na pisaniu bloga, nauce języka hiszpańskiego, ćwiczeniach fizycznych, ja dodatkowo jeszcze ćwiczę na instrumencie, co pozwala utrzymać sprawność, a praktyka jak wiadomo czyni mistrza.

Isabelle, jej mąż i Harry codziennie robią lekcję hiszpańskiego, ja niestety trochę to zarzuciłam, ale za to ćwiczę angielski. Czytam książki w tym języku, rozmawiam dużo z ludźmi, zwłaszcza podczas wieczornych rozmów polsko bułgarskich. Wtedy tematy nie obracają się tylko wokół podróży i przygotowania samochodu do wyprawy, ale mamy możliwość poruszania innych kwestii. Na przykład wczoraj gdy pokazywaliśmy zdjęcia z Mendozy i między innymi była tam beczka wina, przystosowana do transportu na osiołku, o bardzo specyficznym, eliptycznym kształcie, to pierwszy oficer zapytał, czy wiemy jak obliczyć  objętość tego naczynia. Kurde, wiecie jak trudno to wyjaśnić po angielsku. . .

Nie zmienia to faktu, że ta nuda może być uciążliwa dla niektórych osób. Dla nas ta podróż nie jest nudna. Z kilku powodów. Jeden z nich to taki, że mamy większy dostęp do informacji niż inni pasażerowie (przynajmniej lubimy tak myśleć), a wiadomo, kto ma wiedzę, ten ma władzę… a przynajmniej się czuje jakby ja miał, a przekonanie to już połowa sukcesu. Drugi powód to polski kapitan, Polacy na pokładzie, dają ewidentnie nam przewagę nad resztą pasażerów. Mentalną. Poza tym woda która się leje prawie co wieczór pod różną postacią ognistości pozwala naprawdę skutecznie się znieczulić na ewentualne wszelkie niedogodności Do tego płyn który co wieczór dostarczasz do organizmu, wprowadza cię w baśniowy nastrój…  Trzecia kwestia to oczekiwanie (powiązane z wiedzą).  Wiemy czego można się spodziewać. Wiemy, że to statek, wiemy że to nie samolot. Wiemy, że możemy stać na redzie i trzy dni i nic się nie wydarzy. Dla nas, każdy dzień działa na naszą korzyść. Nigdzie się nie śpieszymy, wobec tego to, że spędzamy tu kolejny dodatkowy dzień, nie ma dla nas wielkiego znaczenia. Jesteśmy dłużej w podróży i to nas cieszy. Naprawdę mamy możliwość dotknięcia wielu różnych spraw, niejako od podszewki. TO fajnie, to ciekawe.

Większość pasażerów jednak odlicza dni, kiedy wreszcie będą mogli wysiąść. Choćby na krótko w jakimś porcie, żeby wyjść na miasto…

Czwarta okropna rzecz która doprowadza mnie do szału jest dosyć kobieca. Jeśli ćwiczysz fizycznie codziennie, to ta ciągła potrzeba mycia włosów jest irytująca, suszenie codziennie włosów w norze jest  denerwujące, zwłaszcza, że po godzinie czujesz, że znowu lepią ci się włosy do karku. Irytujący jest też mąż (który oczywiście ma rację i mnie przekonał), który mówi, ze po co suszyć, przecież włosy i tak wyschną same. Finalnie wiec łażę przez cały czas w loczkach jak aniołek, ale chyba przestałam się już tym przejmować…

Wiem, że i tak Justyny do końca nie zaspokoiłam, ale naprawdę nie ma tu nic więcej bardziej irytującego niż te cztery rzeczy, o których wspomniałam. Poproszę Krzyśka, żeby dodał jeszcze coś od siebie…

Kapitan jak usłyszał, że piszę o rzeczach upierdliwych i denerwujących na statku przyszedł poruszając gwałtownie gilotyną do cięcia papieru, przygotował się na ucięcie mi przynajmniej dwóch palców. Na szczęście odstąpił od tego zamiaru.

Pierwszy oficer jest zapalonym cyklistą. Początkowo myślałam, że to od dzieciństwa, że miał kogoś kto go wprowadził, kogoś kto rozpalił w nim taką iskrę, która spowodowała że jest on teraz tak zagorzałym rowerzystą. Natomiast  to nie ta historia. Dziesięć lat temu kiedy był jeszcze zachwycony koszykówką,  miał poważny problem z prawym kolanem. Operacja, długa rehabilitacja, wszystko to trochę odciągnęło go od tej dyscypliny. Miał wtedy trochę wolnego czasu, a rehabilitant zarekomendował mu jazdę na rowerze, zaczął jeździć. Był to rower górski i któregoś razu po prostu się zepsuł. Poszedł do warsztatu rowerowego i tam mechanik (naprawiacz)  powiedział mu, że naprawa zajmie trzy,  cztery dni i jeśli chce, to może pożyczyć mu rower szosowy. To był ten moment kiedy Sergey się zakochał w cykliźmie. Szczęśliwym trafem był to czas kiedy w telewizji na żywo nadawano relacje z Tour de France. Ponieważ dalej miał dużo wolnego czasu ze względu na wydłużony czas rehabilitacji i powrót do pełnej sprawności zajmował trochę czasu, to zarówno jazda na tym rowerze szosowym jak i oglądanie relacji dawało mu dużo satysfakcji i jeszcze bardziej zbliżyło do tego sportu.

Jak zaczyna o tym opowiadać to oczy mu błyszczą i widać, że to jego wielka pasja. Opowiada o tym, jak loguje się na portalu STRAVA gdzie można dzielić swoją miłość do jazdy na rowerze z innymi, gdzie można zobaczyć nowe trasy, porównać wyniki. STRAVA daje również możliwość połączenia z inną aplikacją, która w 3D pokazuje animację trasy, którą wcześniej rejestruje STRAVA. Bardzo ciekawe.

Dziś Krzysiek był na pokładzie 6, gdzie naprawiał Defendera. Już na samym początku naszego wjazdu na podkład statku spod wężyka od chłodnicy wyciekło trochę płynu. Dziś wężyk został wymieniony, płyn dolany i jeszcze dostaliśmy na zapas. Co prawda wszystko zajęło ponad 3 godziny, ale nie było tragedii. Powinno być teraz wszystko ok.

Ostatnio nie piszą za dużo tekstów na bloga. Brak czasu, bo zajmuję się robieniem filmów… Ale o tym za chwilę. Dziś zająłem się wymianą tego wężyka od chłodnicy. Właściwie wymiana go miała poczekać do wyjazdu w Montevideo. Jednak jakoś ostatnio podczas rozmowy z Markiem i Sergiejem nawiązałem do tego problemu z autem i obiecali mi dać kogoś do pomocy przy wymianie tej części. Tak więc w asyście trzech Filipińczyków zjechałem na dół, aby przyjrzeć się bliżej awarii. Okazało się, że do końca nie ma pewności, czy płyn ucieka z opaski pod wężykiem, czy z korka obudowy termostatu. Niestety próba dokręcenia korka skończyła się jego pęknięciem… Całe szczęście, że był z plastiku. Temperatura i starość zrobiły swoje. Potem przy odkręcaniu pękł całkowicie i jego koniec został wewnątrz obudowy. Carlos, mechanik który został ze mną przy naprawie naprzynosił swoje narzędzia i jakoś udało nam się wydłubać pozostałości plastiku, nagwintować na nowo obudowę i wkręciliśmy znaleziony nowy korek. Całe szczęście, że taki kupiliśmy w Polsce. Potem jeszcze tylko wymieniliśmy wężyk, też znaleziony w zapasach części z Polsk…

Niestety wewnątrz statku było straszliwie gorąco i byliśmy cali mokrzy. Odpaliłem potem silnik, żeby sprawdzić, czy nic nie cieknie i odpowietrzyć układ chłodzenia. Na koniec Carlos sprezentował mi jeszcze 5 litrów płynu chłodniczego na wszelki wypadek. Fajny chłop z niego …

Wracając do filmów, to zajmuje ta czynność bardzo dużo czasu. Poza nagrywaniem oczywiście, które jest równie pracochłonne. Potem montaż polega na wielokrotnym oglądaniu materiału i selekcji fragmentów, które nadają się do pokazania. Kolejnym krokiem jest opracowanie koncepcji jak pokazać poszczególne „akcje”, aby nie zanudzić za bardzo oglądającego. A nie jest to łatwe, bo ma się skłonność do zbyt długiego pokazywania poszczególnych fragmentów. Kluczem zaś jest w miarę szybka i różnorodna zmiana scen. Potem trzeba dopracować ścieżkę dźwiękową, nałożyć różne efekty graficzne itd. Długo by tłumaczyć, sam się tego ciągle uczę i odkrywam kolejne tajniki pracy z każdym dniem spędzonym przy komputerze…

Efekty możecie obejrzeć na naszym FB profilu, oraz na kanale Youtube.

Napisz do nas
Facebook
YouTube