Przez Atlantyk – Dzień 20

Dzień dwudziesty – 13.10.2018

Z każdym dniem robi się coraz cieplej. Równocześnie wraz z przemieszczaniem się statku na południowy zachód wyraźnie widać różnicę w cyklu wschodów i zachodów słońca. Codziennie rano obserwujemy coraz późniejsze rozwidnianie się i jemy śniadania w towarzyszącej nam ciemności na zewnątrz. Taka sytuacja zmieni się zaraz po pierwszej korekcie czasu, kiedy to przestawimy zegarki jedną godzinę do tyłu. Cała procedura powtórzy się kilkukrotnie, aż do momentu osiągnięcia przez statek wybrzeży Ameryki Południowej.

Dziś odbyły się ćwiczenia przeciw pożarowe. Tuż po lunchu o 13 rozległ się dzwonek alarmowy i wszyscy z dziewięciorga pasażerów udali się na najwyższy pokład do punktu zbornego. Również cała załoga nie pełniąca wacht pobrała sprzęt ratunkowy i zebrała się obok łodzi ratunkowej. Kapitan koordynował całą operację z mostka. Część załogi rozwinęła węże strażackie i gasiła pozorowany pożar w kuchni. My w tym czasie wraz z pozostałymi pasażerami założyliśmy kamizelki ratunkowe i tuż po NIE UDANEJ próbie gaszenia ognia pod nadzorem załogi wsiedliśmy do łodzi ratunkowej.

Nie muszę oczywiście dodawać, że cała akcja podekscytowała mnie mocno. W łodzi ratunkowej już kiedyś siedziałam, podczas poprzednich ćwiczeń, ale dziś było jakoś zupełnie inaczej. Jakby tak może bardziej zorganizowane było to wszystko i bardziej realne. Całość trwało około godziny, a po zakończeniu ćwiczeń kapitan podziękował wszystkim za skuteczną akcję ewakuacyjną.

Bez tytułu1

Po południu odpoczywamy, dzień upływa raczej sennie, ciągle zapominam, ze pasażerowie to albo urlopowicze albo emeryci. Nic nie muszą nic nie trzeba, na wszystko jest czas. Czasem tego czasu aż za dużo.

Wieczorem ma być filipińskie karaoke, my jednak trafiamy na inne spotkanie i korzystając z gościnności Sergeya w jego kabinie pierwszego oficera, znowu polsko-bułgarskie więzy zacieśniamy. Na pierwszy ogień delikatnie piwo,  potem mieszane z whisky.

Wszystko to oczywiście tylko z medycznego punktu widzenia dla zdrowia, bo raz, że przecież niewielkie ilości, dwa, że w leczniczych dawkach, cyklicznie. Po trzecie w dobrym towarzystwie nigdy nie szkodzi. Na telewizyjnym ekranie lecą bułgarskie przeboje (i nie tylko) a ja, okazuje się, że potrafię nawet przeczytać. Oczywiście pod warunkiem że literki pojawiają się z wolna i na długo. Siedzimy początkowo w siedmioro, Marek, Sergey, Krzysiek – główny mechanik na statku odpowiedzialny za to, żeby statek płynął ( w ogóle.. ) i dwóch Bułgarów od spraw technicznych.

Potem już zostajemy w piątkę bez dwóch Bułgarów, także rozmowy już są prawie tylko po polsku, Sergey tylko czasem potrzebuje mojego lub Marka tłumaczenie po angielsku, bo przecież „wsio paniatna”. „Razbiram wsyćko”.

I tylko trochę czasem rozum zawodzi, ale kto by w to wnikał.

Jutro wczesnym rankiem mamy przepływać przy wyspach kanaryjskich. Może uda się złapać zasięg i zadzwonić.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.